poniedziałek, 16 marca 2015

Koguty usmażone w piekielnym ogniu Old Trafford

Źródło: Oficjalny profil Facebook Manchesteru United


To miał być hit. Starcie dwóch ekip z czołówki tabeli. Tottenham przyjechał na Old Trafford z nadzieją, że urwie punkty powracającemu do formy Manchesterowi United. Pierwsze 45 minut postawiło sprawę jasno – Czerwone Diabły musiały zdobyć trzy punkty i je zdobyły.


Oglądając to spotkanie liczyłem na starcie dwóch niemalże równych ekip, które potrafią rozegrać 90 minut na wysokim poziomie. W niedzielę ten wymóg spełniła tylko jedna ekipa – Manchester United. Czerwone Diabły zdominowały to spotkanie całkowicie. Wystarczyło niecałe 45 minut, by goście mogli zapomnieć o korzystnym rezultacie.

No właśnie, goście. Odniosłem wrażenie, że zawodnicy Tottenhamu po prostu nie dojechali na ten mecz. Przez 90 minut Koguty miały problem ze zbliżeniem się do pola karnego rywali, a w momentach, które „ustawiły spotkanie” nie mogły nawet wyjść z własnej połowy! Wina leży tu głównie po stronie defensywnych pomocników i obrońców. Kyle Walker i Eric Dier pokazywali bardzo wysoką nieskuteczność w próbach rozegrania piłki na prawe skrzydło (m.in. do Townsenda, który był w tym meczu tak nie widoczny, że zszedł jeszcze w pierwszej połowie), mimo tych błędów brnęli w to dalej, co z pewnością nie przyniosło korzyści drużynie gości. Podobnie zresztą z próbami długich podań podejmowanych przez Vertonghena, który może i chciał przenieść ciężar gry na pole karne rywala, ale próby te w większości kończyły się niepowodzeniem. Lista grzechów Kogutów już jest długa, a jeszcze nie wymieniliśmy trzech ciosów zadanych przez gospodarzy. No właśnie… ciosów zadanych przez gospodarzy czy po prostu trafień podarowanych przez gości?

Pierwsza bramka – zgoda, klasa Manchesteru. Piłka do Carricka, piękne, prostopadłe podanie i bramka Fellainiego, mimo, że dla uszczypliwości można znaleźć tu błąd defensywy Kogutów ( w końcu Fellaini miał trochę swobody, a Carrick gdzie i jak podać) to wolę zaliczyć tą bramkę zdolnościom zawodników United niż nieporadnością defensywy Spurs. Następne dwie bramki dla gospodarzy to jednak prezenty od drużyny gości. Nieudolne wybicie po rzucie rożnym Carrick musiał zamienić na bramkę i zrobił to. A kim byłby Wayne Rooney gdyby nie wykorzystał takiego podarku jaki sprawił mu Bentaleb? Tak fatalne podanie pomocnika Tottenhamu musiało skończyć się bramką. Rooney chyba ma dość krytyki na ten rok i postanowił nie dawać kibicom pożywki zdobywając gola na 3-0.


Na pytanie czy bardziej Tottenham przegrał niż Manchester wygrał odpowiem wskazując pierwszą opcję, choć jak już wyżej napisałem, pierwszą bramkę gospodarze wypracowali sobie sami, a kto wie co działoby się na Old Trafford, gdyby Koguty zagrały na przyzwoitym poziomie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz